Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2026

Szkoła nie z obrazka

 





Są miejsca, które z założenia powinny kojarzyć się z bezpieczeństwem. Dom, niewielka miejscowość, szkoła. To przestrzenie codzienności, w których człowiek powinien czuć się spokojnie, ponieważ zna obowiązujące w nich zasady. Właśnie dlatego wykorzystanie takiego miejsca jako tła mrocznej historii może wywoływać większy niepokój niż umieszczenie akcji w przestrzeni od początku kojarzącej się z zagrożeniem.  Pan Sebastian Imielski w powieści „Szkoła na wzgórzu” wykorzystuje szkołę oraz zamkniętą społeczność, aby stworzyć historię, w której pozorna zwyczajność stopniowo zaczyna pękać. Pod jej powierzchnią kryją się tajemnice, dawne wydarzenia i pytania, na które nie wszyscy chcą odpowiadać.

„Szkoła na wzgórzu” jest thrillerem, który można czytać przede wszystkim dla zagadki kryminalnej i napięcia, jednak byłoby niesprawiedliwe sprowadzenie tej powieści wyłącznie do pytania o rozwiązanie tajemnicy. Znacznie ciekawsze okazuje się to, co dzieje się wokół niej. Autor pokazuje społeczność, w której przeszłość nie została naprawdę przepracowana. Można próbować o niej nie mówić, można udawać, że pewne wydarzenia zostały zapomniane, ale milczenie nie sprawia, że przestają istnieć. Przeciwnie – czasami właśnie dzięki milczeniu przeszłość zyskuje największą władzę nad teraźniejszością.

Głównym bohaterem powieści jest Sylwester Cichy, który rozpoczyna pracę jako nauczyciel języka polskiego w szkole w Sławinie. Przyjazd do nowego miejsca powinien oznaczać początek kolejnego etapu jego życia. Początkowo nic nie wskazuje na to, że szkoła stanie się dla niego przestrzenią znacznie bardziej niebezpieczną, niż można byłoby przypuszczać. Stopniowo jednak Cichy zaczyna dostrzegać rzeczy, które nie pozwalają mu pozostać obojętnym. Ważną rolę odgrywa tutaj samo środowisko szkolne. Szkoła jest miejscem szczególnym, ponieważ łączy wiele różnych światów. Są w niej nauczyciele, uczniowie, dyrekcja i rodzice. Istnieją formalne zasady, ale obok nich funkcjonują również zasady niepisane. Każda taka społeczność tworzy własną hierarchię. Jedni posiadają większy wpływ, inni pozostają podporządkowani. Nie wszystkie konflikty wychodzą na powierzchnię, nie wszystkie problemy zostają nazwane. Placówką kieruje małżeństwo Mechów. Już samo przedstawienie szkoły jako miejsca posiadającego własną strukturę zależności sprawia, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, jak wiele może pozostawać niewidoczne dla osoby przychodzącej z zewnątrz. Cichy właśnie taką osobą jest. Nie zna wszystkich dawnych historii i powiązań. Dzięki temu może dostrzec to, co dla innych stało się normalnością.

Sytuacja zmienia się dramatycznie, kiedy znika jedna z uczennic. Zaginięcie młodej dziewczyny staje się punktem, od którego zwyczajna szkolna rzeczywistość zaczyna odsłaniać swoje drugie oblicze. Cichy nie potrafi przejść obok tej sprawy obojętnie. Zaczyna interesować się wydarzeniem, zadawać pytania i szukać informacji. Wtedy teraźniejszość spotyka się z przeszłością.

Okazuje się bowiem, że dwadzieścia pięć lat wcześniej zaginęła inna dziewczyna, której nigdy nie odnaleziono. Dwa wydarzenia oddzielone ćwierćwieczem zaczynają tworzyć niepokojący wzór. Czy jest to przypadek? Czy pomiędzy sprawami istnieje związek? A jeżeli istnieje, dlaczego przez tyle lat nikt nie dotarł do prawdy? Ten element fabuły jest niezwykle charakterystyczny dla dobrego thrillera. Zagadka nie dotyczy już tylko tego, co dzieje się obecnie. Bohater musi zacząć odkopywać historię miejsca, w którym się znalazł. Każda odpowiedź może prowadzić do kolejnego pytania, a osoby, które początkowo wydawały się nieistotne, mogą posiadać wiedzę mającą ogromne znaczenie. Cichy rozpoczyna własne dochodzenie, a pomaga mu dziennikarz Karol Zawada, który przed laty zajmował się wcześniejszym zaginięciem. To połączenie dwóch perspektyw – nauczyciela znajdującego się wewnątrz szkolnego środowiska oraz dziennikarza pamiętającego dawną sprawę – pozwala stopniowo łączyć elementy przeszłości i teraźniejszości.

Jednym z najciekawszych motywów „Szkoły na wzgórzu” jest dla mnie właśnie pamięć. Człowiek często zakłada, że czas rozwiązuje problemy. Mówimy, że pewne wydarzenia należą do przeszłości, że trzeba żyć dalej, że po wielu latach nie ma sensu wracać do dawnych spraw. Ale czy czas rzeczywiście może unieważnić krzywdę? Jeżeli ktoś zaginął, rodzina nie otrzymała odpowiedzi, a sprawa pozostała niewyjaśniona, upływ kolejnych lat nie sprawia przecież, że pytania znikają. Zmieniają się jedynie ludzie, którzy je zadają. W powieści Pana Imielskiego przeszłość można potraktować niemal jak kolejnego bohatera. Jest niewidoczna, a jednak stale obecna. Wpływa na zachowania ludzi i atmosferę miejsca. Powraca wtedy, kiedy najmniej jest oczekiwana. To, co miało zostać pogrzebane, zaczyna wychodzić na powierzchnię. Szczególnie mocno wiąże się z tym motyw milczenia.

Milczenie samo w sobie nie musi oznaczać winy. Człowiek może milczeć ze strachu. Może nie być pewny tego, co widział. Może obawiać się konsekwencji. Może uznać, że dana sprawa go nie dotyczy. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy milczenie wielu osób tworzy system pozwalający ukrywać prawdę. W małych społecznościach takie mechanizmy mogą działać szczególnie silnie. Ludzie znają się od lat. Łączą ich więzi rodzinne, zawodowe i towarzyskie. Jedna osoba zna tajemnicę drugiej, ktoś komuś kiedyś pomógł, ktoś inny posiada wobec kogoś zobowiązanie. W takiej rzeczywistości ujawnienie prawdy może oznaczać znacznie więcej niż rozwiązanie jednej zagadki. Może zachwiać całym układem relacji.

Dlatego jednym z najważniejszych pytań pojawiających się podczas lektury nie jest dla mnie wyłącznie: „Co się wydarzyło?” Znacznie bardziej interesujące brzmi: „Kto wiedział?” A zaraz po nim pojawia się kolejne: „Dlaczego milczał?”

To właśnie takie pytania sprawiają, że thriller przestaje być prostą zabawą z czytelnikiem polegającą na odnalezieniu sprawcy. Zaczyna dotyczyć ludzkich wyborów.

 

Można przecież nie uczestniczyć bezpośrednio w złu, a mimo to pozwolić mu istnieć. Wystarczy odwrócić wzrok. Nie zadać pytania. Uznać, że lepiej się nie mieszać. Powiedzieć sobie, że prawdopodobnie ktoś inny zajmie się sprawą. W tym kontekście bardzo ważna staje się postać Sylwestra Cichego. Jego siła nie polega na tym, że posiada wszystkie odpowiedzi. Przeciwnie – znajduje się w miejscu, którego historii dopiero się uczy. Jego najważniejszą cechą okazuje się niezgoda na obojętność. Cichy pyta tam, gdzie inni woleliby pozostawić ciszę. A zadawanie pytań może być niebezpieczne. W thrillerach często największe zagrożenie pojawia się nie wtedy, gdy bohater niczego nie wie, ale właśnie wtedy, gdy zaczyna rozumieć zbyt wiele. Dopóki pozostaje obojętny, nie stanowi dla nikogo problemu. Dopiero kolejne odkrycia sprawiają, że może naruszyć porządek budowany przez lata.

„Szkoła na wzgórzu” opowiada więc również o cenie ciekawości i cenie prawdy. Lubimy mówić, że prawda zawsze jest wartością. W rzeczywistości prawda potrafi być destrukcyjna. Może zniszczyć reputację, relacje, kariery i wyobrażenie o ludziach, których znaliśmy przez całe życie. Może sprawić, że trzeba będzie na nowo ocenić własną przeszłość. Nie oznacza to jednak, że należy z niej rezygnować. Wręcz przeciwnie. Im bardziej ktoś próbuje ukryć prawdę, tym ważniejsze staje się pytanie o powód tego milczenia.

Interesujący jest także sam tytuł powieści. „Szkoła na wzgórzu” brzmi początkowo niemal niewinnie. Można wyobrazić sobie budynek stojący ponad miejscowością, widoczny z daleka, będący jednym z jej najważniejszych punktów. Jednak wraz z rozwojem historii znaczenie tytułu może stawać się coraz bardziej niepokojące. Wzgórze jest miejscem znajdującym się ponad otoczeniem. Z jego szczytu można wiele zobaczyć. Paradoksalnie szkoła znajdująca się wysoko może jednocześnie skrywać rzeczy, których przez lata nikt nie chciał dostrzec. To interesująca sprzeczność: miejsce widoczne dla wszystkich może przechowywać tajemnice niewidoczne dla większości. Równie istotny jest wybór szkoły jako centrum kryminalnej historii. Gdyby akcja rozgrywała się w opuszczonym domu czy odizolowanym lesie, czytelnik od początku spodziewałby się zagrożenia. Szkoła działa inaczej. Jest znajoma. Każdy zna dźwięk szkolnego korytarza, klasy, pokoju nauczycielskiego czy dzwonka. I właśnie ta zwyczajność potęguje niepokój.

Najbardziej przerażające nie jest bowiem zło, które od początku wygląda jak zło. Znacznie bardziej przeraża możliwość, że może ono przez lata funkcjonować obok codzienności. Ludzie mogą rano przychodzić do pracy, prowadzić rozmowy, pić kawę, prowadzić lekcje, wracać do swoich domów i jednocześnie nosić w sobie wiedzę dotyczącą wydarzeń, o których nigdy nie zdecydowali się powiedzieć. To jeden z powodów, dla których zamknięta społeczność tak dobrze sprawdza się w thrillerze. Czytelnik zaczyna podejrzewać niemal każdego. Każda rozmowa może posiadać drugie znaczenie. Każde przemilczenie zaczyna zwracać uwagę. Człowiek, który wydaje się sympatyczny, może coś ukrywać, ale równie dobrze podejrzane zachowanie może mieć zupełnie niewinne wyjaśnienie.

Autor może dzięki temu prowadzić z czytelnikiem grę. Odbiorca próbuje wyprzedzić bohatera, tworzy własne teorie, ocenia postacie i zastanawia się, które informacje są naprawdę ważne. Dobry thriller wykorzystuje właśnie tę potrzebę. Nie pozwala czytelnikowi pozostawać biernym obserwatorem. Zmusza go do nieustannego analizowania wydarzeń. Istotny jest również psychologiczny wymiar strachu. Zagrożenie nie musi przyjmować postaci bezpośredniej przemocy. Czasami znacznie skuteczniejsza jest świadomość, że ktoś wie o naszych działaniach. Że jesteśmy obserwowani. Że pytanie, które zadaliśmy, wywołało reakcję, której się nie spodziewaliśmy. Niepewność działa na wyobraźnię mocniej niż jednoznaczność. Dopóki nie wiadomo, komu można ufać, nawet pozornie zwyczajna rozmowa może stać się źródłem napięcia. W takim świecie bohater musi nie tylko poszukiwać prawdy, ale również nieustannie oceniać ludzi znajdujących się wokół niego. Ważnym elementem książki jest też zderzenie jednostki z grupą. Jedna osoba może zacząć zadawać pytania, ale grupa posiada ogromną siłę. Może ignorować, wyśmiewać, podważać wiarygodność albo próbować przekonać człowieka, że widzi problem tam, gdzie go nie ma. Wtedy pojawia się niezwykle ważne pytanie: jak długo jesteśmy gotowi ufać własnym obserwacjom, jeśli wszyscy wokół przekonują nas, że się mylimy? To problem wykraczający poza ramy kryminału. Dotyczy ludzkiej psychiki. Człowiek jest istotą społeczną i naturalnie poszukuje potwierdzenia swoich ocen u innych. Jeżeli wszyscy reagują inaczej niż on, może zacząć podważać własny osąd. Dlatego bohater poszukujący prawdy potrzebuje nie tylko inteligencji, ale również odwagi. Nie chodzi przy tym o odwagę rozumianą jako brak strachu. Znacznie ciekawsza jest odwaga człowieka, który boi się, ale mimo wszystko nie rezygnuje.

Można również zastanowić się, dlaczego historie dotyczące zaginięć są tak mocno oddziałującym motywem literatury kryminalnej. Morderstwo, choć tragiczne, daje pewność dotyczącą losu ofiary. Zaginięcie pozostawia pustkę. Nie ma odpowiedzi. Nie wiadomo, czy należy mieć nadzieję, czy rozpocząć żałobę. Dla bliskich osoby zaginionej czas może w pewnym sensie się zatrzymać. Każda wiadomość może być przełomem. Każdy telefon może przynieść odpowiedź. Każde nowe odkrycie może obudzić nadzieję, która wcześniej niemal wygasła. Jeżeli natomiast po wielu latach dochodzi do podobnego wydarzenia, przeszłość natychmiast ożywa. To, co zostało uznane za dawną tragedię, nagle może okazać się częścią większej historii. I właśnie tutaj „Szkoła na wzgórzu” wykorzystuje jeden z najbardziej interesujących mechanizmów thrillera – powtarzalność.

 

Dwadzieścia pięć lat to wystarczająco długo, aby zmienili się ludzie, szkoła i miejscowość. Jednocześnie jest to czas wystarczająco krótki, aby nadal żyły osoby pamiętające wcześniejsze wydarzenia. Przeszłość i teraźniejszość zaczynają się więc przenikać. Czy współczesne wydarzenia są konsekwencją dawnych? Czy ktoś powtarza wcześniejszy schemat? Czy odpowiedź na teraźniejszą zagadkę znajduje się w historii sprzed ćwierćwiecza? Takie pytania podtrzymują napięcie, ponieważ czytelnik wie, że rozwiązanie może wymagać spojrzenia znacznie dalej niż na ostatnie wydarzenia. Książka skłania również do refleksji nad odpowiedzialnością dorosłych za młodych ludzi. Szkoła powinna być przestrzenią, w której dziecko może liczyć na ochronę. Kiedy właśnie z takim miejscem zaczynają wiązać się tajemnice i zagrożenie, naruszona zostaje jedna z podstawowych zasad bezpieczeństwa. Dorosły posiada przewagę wynikającą z wieku, doświadczenia i pozycji. Młody człowiek musi w pewnym stopniu ufać systemowi stworzonemu przez dorosłych. Jeśli ten system zawodzi, konsekwencje mogą być dramatyczne. Dlatego zaginięcie uczennicy nie jest wyłącznie elementem kryminalnej układanki. Jest również symbolem porażki świata dorosłych, którzy mieli zapewniać bezpieczeństwo.

Można powiedzieć, że w powieści Pana Imielskiego prawdziwa tajemnica nie znajduje się wyłącznie w odpowiedzi na pytanie o los zaginionych osób. Tajemnicą pozostaje również mechanizm, który pozwala pewnym wydarzeniom przez lata pozostawać niewyjaśnionymi. To właśnie najbardziej niepokoi. Jednego człowieka można się bać. Znacznie trudniej poradzić sobie ze świadomością, że problem może być większy niż pojedyncza osoba. „Szkoła na wzgórzu” pokazuje także, jak złudne może być pierwsze wrażenie. Nowe miejsce oglądane oczami przybysza wydaje się początkowo zwyczajne. Dopiero z czasem drobne elementy zaczynają do siebie nie pasować.

Tak również często budowany jest strach w rzeczywistym życiu. Najpierw pojawia się niewielki dyskomfort. Coś wydaje się dziwne, ale trudno określić, dlaczego. Potem dochodzi kolejny szczegół. Następnie następny. W pewnym momencie człowiek uświadamia sobie, że to, co brał za przypadek, może nim nie być. Właśnie wtedy rodzi się prawdziwy lęk. Nie z pewności. Z podejrzenia. Dlatego pozycję tę można czytać jako historię o odkrywaniu kolejnych warstw rzeczywistości. Pierwsza jest zwyczajna. Druga budzi niepokój. Pod trzecią znajdują się wydarzenia sprzed lat. A im głębiej bohater próbuje dotrzeć, tym trudniejsze staje się wycofanie. Prawda posiada bowiem szczególną właściwość: kiedy człowiek zobaczy jej fragment, trudno ponownie udawać, że niczego nie wie. To chyba jedna z najmocniejszych refleksji, jakie może pozostawić ta powieść. Cichy mógłby przecież uznać, że sprawa go nie dotyczy. Jest nauczycielem, a nie policjantem. Mógłby wykonywać swoją pracę i pozostawić śledztwo odpowiednim służbom. Jednak wtedy musiałby zaakceptować własną obojętność. Jego zaangażowanie pokazuje więc konflikt pomiędzy bezpieczeństwem a sumieniem. Czasami najbezpieczniej jest nie wiedzieć. Jeżeli już jednak wiemy, pojawia się odpowiedzialność.

Co zrobić z poznaną prawdą? Czy powiedzieć o niej innym? Czy zaryzykować własny spokój? Czy walczyć o odpowiedź dotyczącą człowieka, którego właściwie się nie zna? Takie pytania sprawiają, że kryminalna historia nabiera wymiaru moralnego. Ważną rolę odgrywa również Karol Zawada. Jego obecność przypomina, że niektórych historii nie można całkowicie zamknąć. Dziennikarz, który przed laty interesował się pierwszą sprawą, staje się łącznikiem pomiędzy tym, co wydarzyło się dawniej, a tym, co dzieje się obecnie. Dzięki temu śledztwo Cichego nie rozpoczyna się od zera. Istnieją ślady, wspomnienia i ludzie, którzy coś pamiętają. Ale pamięć jest zawodna. Po dwudziestu pięciu latach człowiek może naprawdę nie pamiętać szczegółów. Może też pamiętać je inaczej niż wydarzyły się w rzeczywistości. A czasami może po prostu udawać, że nie pamięta. I właśnie ta ostatnia możliwość jest w thrillerze najbardziej niepokojąca.

„Szkoła na wzgórzu” można ostatecznie odczytać jako opowieść o tym, że prawdy nie da się bez końca zamykać w przeszłości. Można ją przykrywać kolejnymi latami, milczeniem i pozorną normalnością, ale wystarczy jedno wydarzenie, aby dawne pytania ponownie stały się aktualne. Najbardziej przerażające w tej historii nie jest więc samo istnienie tajemnicy. Przerażająca jest możliwość, że tajemnica mogła przetrwać tak długo, ponieważ komuś zależało na tym, aby nigdy nie została rozwiązana. Szkoła, która powinna być miejscem wiedzy, staje się paradoksalnie miejscem niewiedzy. Miejscem, w którym bohater musi odkrywać to, czego inni nie chcą powiedzieć. A wzgórze, które pozwala patrzeć dalej, nabiera jeszcze jednego symbolicznego znaczenia. Żeby zobaczyć prawdę, czasami trzeba wspiąć się ponad przyzwyczajenia, strach i wersję wydarzeń zaakceptowaną przez większość. Nie każdy jest gotowy to zrobić. Sylwester Cichy próbuje. I właśnie dlatego jego historia może zainteresować czytelnika nie tylko jako zagadka kryminalna. Staje się historią człowieka, który trafia do obcego środowiska i stopniowo odkrywa, że najważniejsze pytanie nie brzmi już: „Co wydarzyło się w tej szkole?”

Brzmi ono:

„Dlaczego przez tyle lat nikt nie powiedział prawdy?”

„Szkoła na wzgórzu” Pana Sebastiana Imielskiego jest więc thrillerem opartym nie tylko na tajemnicy, lecz również na atmosferze nieufności, pamięci i powracającej przeszłości. Pokazuje, że czas nie zawsze zamyka dawne sprawy. Czasami jedynie przykrywa je kolejnymi warstwami codzienności. Najbardziej niebezpieczne sekrety nie muszą być ukrywane w zamkniętych piwnicach czy opuszczonych budynkach. Mogą istnieć pośród ludzi prowadzących zwyczajne życie. A najbardziej skutecznym sposobem ich ochrony nie zawsze jest przemoc. Czasami wystarczy, że odpowiednio wiele osób zdecyduje się milczeć. Dlatego po lekturze pozostaje pytanie wykraczające daleko poza samą kryminalną intrygę: czy człowiek, który zna fragment prawdy i świadomie wybiera milczenie, rzeczywiście pozostaje tylko obserwatorem?

Być może właśnie tutaj znajduje się najmroczniejszy wymiar „Szkoły na wzgórzu”. Zło nie zawsze potrzebuje wielu ludzi, którzy będą je czynnie wspierać. Czasami potrzebuje jedynie wystarczająco wielu osób, które odwrócą wzrok. I dlatego tytułowa szkoła może budzić tak silny niepokój. Nie jest miejscem całkowicie obcym ani fantastycznym. Przeciwnie – jest niepokojąco znajoma. Za jej drzwiami toczą się lekcje i zwyczajne życie. Korytarzami chodzą uczniowie i nauczyciele. Ludzie rozmawiają, pracują, mają własne problemy i wracają wieczorami do domów. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim znajduje się historia, której przez lata nie udało się opowiedzieć do końca. Najstraszniejsze, jest bowiem nie to, że szkoła na wzgórzu ma tajemnicę. Najstraszniejsze jest podejrzenie, że ktoś od dawna zna odpowiedź.

Książkę do receznji otrzymałam od Wydawnictwa Chemia Mózgu

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Powiew świeżości






 „Zbrodnia popełniona przez rozum staje się tym straszliwsza, że ma pozory logiki.”


Albert Camus



Literatura kryminalna od dawna fascynuje czytelników nie tylko samą zagadką, ale też portretem społeczeństwa i psychologią postaci. Współczesne powieści coraz częściej wykorzystują znane tropy kryminalne jako punkt wyjścia do głębszej refleksji – czy to nad stanem instytucji publicznych, czy nad kondycją kultury. W ten nurt wpisuje się „Mroczne wersety” Pana Jana B. Bełkowskiego – powieść, która w przewrotny sposób igra z konwencją kryminału, oferując jednocześnie pełnokrwisty wątek śledczy i autoironiczny komentarz do świata literatury.

„Mroczne wersety” ukazały się nakładem LeTra – imprintu Wydawnictwa ARKADY, który specjalizuje się w beletrystyce sensacyjnej, często osadzonej na styku sztuki, historii i przestępstwa. Wydawnictwo kieruje swoją ofertę do czytelników, którzy cenią sobie połączenie tajemnicy i intelektualnej rozrywki. Powieści LeTra to zazwyczaj intrygi toczące się wokół zaginionych dzieł, artystycznych fałszerstw lub ekscentrycznych śledztw. „Mroczne wersety” odbiegają od tej formuły – są osadzone w świecie literatury, lecz równie intensywnie operują motywami zbrodni, kłamstwa i fałszu.

Akcja książki koncentruje się wokół śledztwa prowadzonego przez komisarza Jakuba Laskowskiego oraz podkomisarz Aleksandrę Bereszyn. Z pozoru sprawa wygląda rutynowo: znika mało znana autorka powieści kryminalnych. Jednakże im głębiej bohaterowie wnikają w życie zaginionej, tym bardziej sprawa komplikuje się, uwikłana w literackie ambicje, osobiste obsesje i środowiskowe rozgrywki.

Podejrzani to między innymi:

Właściciel upadającego wydawnictwa, który próbuje ratować swoją pozycję na rynku;

Fanatyk literacki, marzący o sławie i sukcesie – gotowy na wszystko, by zaistnieć.

Ale najciekawszy jest sam Laskowski, który – przytłoczony prozą życia i niskimi zarobkami – wpada na pomysł... napisania własnego kryminału. I to na podstawie śledztwa, które właśnie prowadzi. Pomysł ten staje się dla czytelnika osią, wokół której obraca się nie tylko fabuła, ale także szersza refleksja o tym, jak literatura fikcyjna może przenikać rzeczywistość – i na odwrót.

Konstrukcja powieści operuje kilkoma warstwami narracyjnymi:

Wątek śledztwa – zaginiona pisarka, podejrzani, ślady i tropy.

Autoironiczne komentarze bohaterów – zarówno Laskowski, jak i Bereszyn często podważają sens tego, co robią, wyśmiewając absurdy instytucjonalne i społeczno-kulturowe.

Meta-kryminał – fragmenty pisanej przez Laskowskiego powieści, które ukazują, jak bohater wykorzystuje (i przeinacza) prawdziwe zdarzenia, by stworzyć literacką fikcję.

Styl Pana Bełkowskiego jest lekki, dowcipny, nasycony sarkazmem, ale niepozbawiony momentów powagi. Autor bawi się językiem, używając zarówno policyjnego żargonu, jak i karykaturalnego języka coachingu czy środowiska literackiego. Dzięki temu książka momentami przypomina satyrę na realia polskiej kultury i rynku książki.

Bohaterowie, to ironiczna dekonstrukcja stereotypów.

Komisarz Jakub Laskowski to policjant wykształcony, cyniczny i intelektualnie znudzony. Zamiast klasycznego „twardziela” dostajemy faceta z ambicjami literackimi, którego bardziej interesuje potencjalna sława autora bestsellerów niż samo rozwiązanie zagadki. Aleksandra Bereszyn, jego partnerka, to postać bardziej racjonalna i pragmatyczna – często pełni funkcję „głosu rozsądku”, ale także ironiczną komentatorkę zachowań Laskowskiego.

W tle pojawia się cała galeria drugo- i trzecioplanowych postaci, będących karykaturami znanych typów: niezadowolony wydawca, grafoman o ambicjach wyższych niż talent, influencerzy kryminalni z TikToka i Instagrama.

Choć „Mroczne wersety” są przede wszystkim powieścią rozrywkową, zawierają kilka istotnych wątków:

Krytyka kultury sukcesu – Laskowski staje się alegorią współczesnego człowieka, który – zmęczony systemem – szuka drogi na skróty.

Satyra na rynek wydawniczy – Autor wyśmiewa zarówno wydawców, którzy promują bylejakość, jak i autorów gotowych sprzedać się dla pięciu minut sławy.

Pytanie o granice fikcji i prawdy – jak bardzo można „ulepszyć” rzeczywistość w imię literackiego sukcesu?

Powieść można porównać do prozy takich Pisarzy jak:

Aleksandra Marinina (w kontekście społecznych obserwacji),

Jakub Ćwiek (ze względu na humor i autoironię), czy Wojciech Chmielarz, choć Bełkowski idzie w stronę większej groteski.

To nie jest „ciężki” kryminał, który analizuje przemoc i traumę. To raczej postmodernistyczna gra – z czytelnikiem, z gatunkiem, ze światem wydawniczym. I właśnie ta gra czyni książkę oryginalną i wartą uwagi.

„Mroczne wersety” to lekki, inteligentny kryminał z dużą dozą ironii i świeżego podejścia do schematów gatunku. To powieść zarówno dla tych, którzy cenią sobie klasyczną intrygę, jak i dla czytelników lubiących, gdy autor mruga do nich okiem zza tekstu. Polecam każdemu, kto: zna i lubi gatunek kryminalny, ale nie boi się jego dekonstrukcji, interesuje się światem książek i procesem twórczym, ceni sobie powieści z przymrużeniem oka, ale pisane z literacką świadomością.

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa LeTra

piątek, 25 lipca 2025

Gra z efektem WOW





 

„W tajemnicy ukrywa się nie tylko to, czego nie znamy, ale także to, co boimy się poznać.”

Anonim


Literatura kryminalna to nie tylko mrok, pościgi i krwawe zbrodnie. To również — coraz częściej — gatunek łączony z humorem, subtelnością i społecznym komentarzem. „Podchody”, debiutancka powieść Pani Katarzyny Żechowicz‑Wygryz, idealnie wpisuje się w tę „łagodniejszą” falę. Zamiast dusznych policyjnych gabinetów mamy tu słoneczną Kalabrię. Zamiast seryjnego mordercy – zaginioną uczestniczkę terenowej gry. I wreszcie – zamiast twardziela-detektywa – redaktorkę, która nie do końca wie, w co się wpakowała. Efekt? Zaskakująco ciepły, lekki i angażujący kryminał w stylu cosy crime z ambicjami obyczajowymi.

Główna bohaterka powieści, Józka (dla Włochów — Joska), to redaktorka z Warszawy, której życie zawodowe i prywatne znalazło się na zakręcie. Kiedy wydawnictwo, w którym pracuje, staje w obliczu kryzysu, dostaje nietypowe zadanie: pojechać do małej kalabryjskiej miejscowości Soveria Mannelli i znaleźć „materiał na bestseller”. Misja wydaje się nudna, ale malownicza okolica i pozorna sielanka szybko okazują się pełne napięcia i tajemnic. Podczas zwiedzania Józka przypadkiem trafia na trop nieodkrytej od lat sprawy – zaginionej uczestniczki lokalnej gry terenowej. Zaintrygowana, zaczyna sama rozgrywać „podchody” – śledząc stare rebusy, rozmawiając z mieszkańcami i powoli odkrywając, że cała społeczność ukrywa jakąś niewygodną prawdę. Czy dziewczyna rzeczywiście padła ofiarą mafii? A może zniknęła z własnej woli?

Największą siłą powieści jest postać Józki – inteligentnej, ale też trochę pogubionej kobiety w średnim wieku, która w nowej sytuacji zaczyna konfrontować się nie tylko z tajemnicą Vanessy, ale też z własnymi problemami: samotnością, wypaleniem, brakiem odwagi do zmiany. To postać bardzo ludzka, z którą łatwo się utożsamić. Postacie drugoplanowe – mieszkańcy Soverii – pełnią rolę nośników zagadki. Są barwni, choć nie zawsze pogłębieni psychologicznie. Momentami wydają się szkicami postaci, które służą fabule, ale nie zapadają na długo w pamięć. Niemniej ich dialogi i relacje z Józką są wiarygodne i naturalne. Język powieści to duży atut. Pani Katarzyna Żechowicz‑Wygryz, mająca doświadczenie dziennikarskie, posługuje się stylem lekkim, obrazowym, ale niebanalnym. Opisy są malownicze, plastyczne, pełne szczegółów, które przenoszą czytelnika w samo serce Kalabrii. Sceny kulinarne, dialogi, detale krajobrazu – wszystko to tworzy atmosferę południowych Włoch, jak z dobrej powieści podróżniczej.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, co zbliża nas do bohaterki i jej wewnętrznych dylematów. Nie brakuje tu ironii, dystansu do siebie, błyskotliwych spostrzeżeń – książka czyta się momentami jak dziennik podróżny z wątkiem kryminalnym. Choć „Podchody” nie są klasycznym moralitetem, niosą kilka istotnych przesłań. Po pierwsze, że z pozoru spokojne miejsca często kryją głęboko zakorzenione sekrety. Po drugie – że każdy z nas odgrywa swoją grę: wobec innych, wobec siebie, wobec przeszłości. Kalabryjska gra terenowa staje się tu metaforą ludzkiego życia – z jego wskazówkami, ślepymi zaułkami i nieoczywistymi rozwiązaniami.

Interesującym kontekstem jest również zarysowanie wpływów mafijnych, które nie przybierają tu formy spektakularnych strzelanin, ale raczej systemowego strachu i zmowy milczenia. To ważny, choć subtelny komentarz społeczny.

Książka nie jest wolna od drobnych mankamentów. Jak na debiut – bardzo udana, ale chwilami brakuje jej większej dynamiki. Niektóre rozdziały mogłyby być bardziej intensywne, a postacie drugoplanowe – głębiej zarysowane. Część zagadki można też rozgryźć nieco wcześniej, niż chciałaby tego Autorka. Ale są to niedoskonałości, które łatwo wybaczyć w zamian za klimat, styl i autentyczną przyjemność lektury. „Podchody” Pani Katarzyny Żechowicz‑Wygryz to książka, która idealnie sprawdzi się jako wakacyjna lektura, ale nie tylko. To literacki koktajl: trochę kryminału, trochę powieści obyczajowej, trochę przewodnika po Kalabrii. Dla miłośników literatury w stylu Magdaleny Witkiewicz, Małgorzaty Starosty czy Agathy Raisin – lektura obowiązkowa. Dla pozostałych – bardzo przyjemne odkrycie.

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa LeTra

sobota, 19 lipca 2025

Niczym z Rodziny Soprano





„W każdej rodzinie jest coś, o czym się nie mówi. Coś, co zostaje przemilczane — i właśnie to przemilczenie najczęściej staje się trucizną.”

Delia Owens



Współczesna literatura kryminalna coraz częściej przekracza granice gatunku, sięgając głębiej niż tylko po klasyczne zagadki i tropy detektywistyczne. Przykładem takiego podejścia jest „Milcząca córka” Pani Emmy Christie — powieść, która pod pozorem thrillera psychologicznego porusza uniwersalne tematy: samotności, rodzinnego milczenia i emocjonalnych konsekwencji niespełnionych relacji.

Głównym bohaterem powieści jest Chris Morrison — dziennikarz śledczy, który przechodzi osobistą tragedię: jego żona leży w śpiączce, a kontakt z dorosłą córką Ruth niespodziewanie się urywa. Z czasem wychodzi na jaw, że ktoś próbuje udawać Ruth w mediach społecznościowych. Ta pozorna tajemnica staje się punktem wyjścia do znacznie głębszego śledztwa — nie tyle w sensie dziennikarskim, co emocjonalnym i rodzinnym.

Pani Christie z ogromną subtelnością ukazuje milczenie jako formę komunikacji — nie tylko Ruth milczy fizycznie, ale i cała rodzina od lat unikała prawdziwych rozmów, odsłaniania emocji, wyrażania bólu. Milczenie bohaterów nie jest puste — wręcz przeciwnie, pełne jest żalu, winy, potrzeby zrozumienia. To milczenie jest krzykiem, którego nikt nie chciał usłyszeć, a jego konsekwencje okazują się tragiczne. Autorka kreśli postacie nie jako nośniki akcji, ale jako psychologicznie złożone jednostki, które muszą skonfrontować się z przeszłością. Chris nie tylko poszukuje córki — poszukuje też siebie jako ojca, człowieka i partnera. Jego podróż to droga przez wspomnienia, błędne wybory i trudne emocje, które przez lata były wypierane. Pisarka pokazuje, jak łatwo jest zgubić bliskich w codziennej rutynie, jak prosto przeoczyć momenty, które potem stają się punktami zwrotnymi życia.

„Milczącej córce” dominuje atmosfera przytłaczającej niepewności. Edinburgh — szary, deszczowy, zimny — odbija emocje bohaterów, stając się niemal metaforą ich stanu psychicznego. To miasto nie tylko stanowi tło, ale wzmacnia uczucie izolacji i lęku, które przeszywa czytelnika niemal na każdej stronie.

Powieść nie daje prostych odpowiedzi. Nie oferuje łatwego katharsis, lecz uczciwe spojrzenie na to, czym jest odpowiedzialność emocjonalna. Zmusza do zastanowienia się nad tym, co mówimy swoim bliskim — i czego nie mówimy. Czy naprawdę znamy tych, z którymi dzielimy życie? Czy potrafimy wyrazić żal, zanim będzie za późno? „Milcząca córka” to książka, która przekracza ramy thrillera. To opowieść o tym, że prawdziwe tragedie często rozgrywają się nie w hałasie przestępstw, lecz w ciszy niezadanych pytań i niewypowiedzianych słów. To mocna, emocjonalna lektura, która zostaje z czytelnikiem długo po przewróceniu ostatniej strony.

Jeśli oczekujesz klasycznego kryminału z detektywistycznym schematem, tutaj znajdziesz raczej rodzinny dramat z twistami Jeśli nie przepadasz za mrocznymi, refleksyjnymi opowieściami — lepiej będzie odpuścić. Ta pozycja jest dla miłośników thrillerów psychologicznych, w których napięcie wynika z rodzinnych sekretów. Dla osób ceniących postaci z pełnym ładunkiem, emocjonalnym, czytelników, którzy oczekują opowieści nie tylko o zagadce, ale też o winie, stracie i milczeniu.

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa LeTra

 

wtorek, 15 lipca 2025

Sami w sobie






„Człowiek rodzi się nie raz, ale wiele razy – tyle razy, ile razy zaczyna naprawdę żyć.”
Erich From

Pan Franck Bouysse, mistrz nastrojowej prozy osadzonej w prowincjonalnych realiach Francji, w powieści Odludzie „L’Homme peuplé” prowadzi czytelnika w świat tajemnicy, pamięci i psychicznej udręki. To książka trudna do jednoznacznego sklasyfikowania – balansująca pomiędzy thrillerem, dramatem i egzystencjalną refleksją.

Główny bohater, pisarz Harry, postanawia uciec od miejskiego zgiełku i osiedla się na odludziu, w domu położonym blisko gęstego, niepokojącego lasu. Tam spotyka Caleba – tajemniczego, milczącego sąsiada. Od tej chwili jego życie zaczyna przypominać powolny sen na granicy jawy i halucynacji. Pojawiają się głosy, sny, wspomnienia, które mieszają się z teraźniejszością. Pisarz nie wie już, co jest prawdą, a co jego własnym wyobrażeniem.

To nie jest powieść z wartką akcją. Tu dominuje atmosfera – gęsta, senna, niepokojąca. Pan Bouysse nie spieszy się z odsłanianiem kart – pozwala, by czytelnik powoli zanurzał się w psychice bohatera.

Caleb wydaje się wiedzieć więcej, niż mówi. Przeszłość obu mężczyzn, choć z pozoru odległa, zaczyna się niepokojąco zazębiać. Dom Harry’ego staje się miejscem, gdzie zaczynają nawiedzać go głosy, sny, niepokojące wspomnienia. Pytanie, które stawia Autor, brzmi: co jest prawdą, a co jedynie projekcją zranionego umysłu?

Odludzie „L’Homme peuplé” można czytać jako alegorię wewnętrznej podróży człowieka zmagającego się z traumą i samotnością. Las, dom i sąsiad to nie tylko realne elementy świata przedstawionego, ale też metafory psychicznego labiryntu. Bohater konfrontuje się z własną przeszłością, z wyparciem, z lękami, które przybierają niemal namacalne formy. Tytułowy „człowiek zaludniony” może być rozumiany jako człowiek pełen wspomnień, duchów, głosów – ktoś, kto nigdy nie jest naprawdę sam, bo nosi w sobie całą historię swojego bólu. Styl Pana Bouysse’a w tej powieści jest gęsty, poetycki i jednocześnie pełen niepokoju. Narracja stopniowo odsłania tajemnice, nigdy nie daje pełnej pewności, co jest realne. Przypomina to atmosferę literatury gotyckiej i psychologicznych thrillerów. Rytm narracji jest powolny, refleksyjny, co pogłębia klaustrofobiczny nastrój.

Samotność to jeden z najważniejszych motywów w powieści. Główny bohater – pisarz Harry – izoluje się od świata i zamieszkuje w odludnym miejscu. Jednak zamiast spokoju odnajduje niepokój, wewnętrzne rozdarcie i własne demony. Samotność fizyczna szybko przeradza się w samotność psychiczną, która wypełnia każdy aspekt jego życia. Motyw samotności ukazuje, że ucieczka od świata nie oznacza ucieczki od siebie samego.

Dom, w którym zamieszkuje Harry, to więcej niż miejsce – to symbol jego umysłu i psychiki. Jest pełen ukrytych kątów, głosów, niepokojących odgłosów. Staje się przestrzenią, w której bohater konfrontuje się z własną przeszłością i wyobraźnią. Dom to metafora duszy – może być schronieniem albo więzieniem. Powieść często wraca do przeszłości, sugerując, że bohater nosi w sobie głęboko ukrytą traumę, być może z dzieciństwa. Pamięć działa tu jak duch – nawiedza, zniekształca rzeczywistość, odzywa się w snach i halucynacjach.

Motyw traumy jest kluczowy dla zrozumienia psychologicznego wymiaru książki.

Harry to pisarz, który zmaga się z blokadą twórczą. Sama powieść może być czytana jako metafora procesu pisania – bolesnego, samotnego, nasyconego niepewnością. Sąsiedztwo Caleba działa jak katalizator – inspiruje, ale i przeraża. Motyw twórczości ukazuje, jak cienka jest granica między rzeczywistością a fikcją. Z biegiem fabuły czytelnik coraz bardziej zaczyna się zastanawiać, co w świecie przedstawionym jest rzeczywiste, a co stanowi projekcję psychiki bohatera. Pojawia się pytanie: czy Caleb istnieje naprawdę, czy jest tylko częścią umysłu Harry’ego? Caleb, tajemniczy sąsiad, może być interpretowany jako alter ego głównego bohatera – uosobienie jego lęków, sumienia, ukrytej przeszłości. Relacja między nimi przypomina dialog wewnętrzny, walkę między rozsądkiem a obłędem.

W świecie przedstawionym dominują cisza, szelesty, szepty, półgłosy. Pisarz operuje tym motywem w mistrzowski sposób, pokazując, jak dużo emocji i napięcia można zawrzeć w tym, co niewypowiedziane. Klimat Odludzia „L’Homme peuplé” przywodzi na myśl twórczość takich autorów jak William Faulkner czy Cormac McCarthy – pełen mroku, milczenia i niepokoju czającego się tuż poza granicą widzenia. Odludzie to powieść dla czytelników cierpliwych i otwartych na literacką niepewność. Nie ma tu klasycznej fabuły ani typowego zakończenia. Zamiast tego otrzymujemy intymną opowieść o samotności, traumie, twórczości i cieniu, który każdy z nas nosi w sobie. To książka do przemyślenia – i do powrotu.

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa Nowe

 

czwartek, 27 lutego 2025

Tajemnica zamku



„Życie jest baśnią, a my jej bohaterami, co chcą żyć długo i szczęśliwie”.

Gena Showalter



Stare baśnie są piękne, mogą wiele nauczyć pod warunkiem, że nie są cenzurowane, tak jak się to stało z baśniami Braci Grimm. Każdy z nas był kiedyś piękną księżniczką, czy dzielnym rycerzem, a może Kotem w Butach lub Muzykantem z Bremy. Fascynacja zamkami, przygodami, walką dobra ze złem zostanie na pewno w każdym dorosłym czytelniku, ja przyznam, że odkryłam baśnie na nowo po serialu Dawno, dawno temu… Cudownie było wrócić do królewny Śnieżki, Rumpelsztyka, czy Czerwonego Kapturka w nowym wydaniu.

Książka Zamczysko Pani Korol, jest trochę taką baśnią, która zaprasza nas do świata bohaterów na wielkim dworze. Zaczarowany zamek, stary król i jego młoda żona, spiski i tajemnice, zagadki i przyjaźń, a także zemsta… intryga dworska z pułapką lepiej opowiedziana niż Korona Królów na TVP1. Jak napisano na odwrocie, wszyscy widzą kim, jest król, ale kim jest królowa? Wokół tego wątku toczy się akcja i zapewniam, wciągnie Was jak dobry thriller szpiegowski.

Książka podobałam mi się bardzo. Szybka akcja, wciągająca fabuł, mnogość postaci i poboczne wątki. Z jakiegoś powodu, może dlatego, że poprzednia książka Autorki była dla dzieci wydawało mi się na początku, że ta też jest skierowana do młodszego odbiorcy, ale stanowczo nie jest. Okładka powiewa grozą, żałuję, tylko że jest miękka, w twardej byłoby jeszcze mroczniej. Może się wydawać, że język jest dość prosty, i faktycznie dla niektórych szybkość czytania może być za szybka, ale czy nie o to chodzi w baśniowych książkach? Dla mnie była to lektura na parę godzin, myślę że jeśli lubicie klimat starego zamczysk, to będzie coś dla was.

Przeczytałam trzy książki Pisarki, każda jak to się mówi z innej parafii. Jestem pod wrażeniem, jak Autorka odnajduje się w tworzeniu fabuł w różnych gatunkach. Niby, jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, ale nie w tym przypadku. Pani Korol wbija się w poczet tych Pisarzy, którzy potrafią napisać coś dla każdej grupy wiekowej, jest to trudne. Bardzo dobrze bawiłam się przy wszystkich trzech publikacjach, tak w sumie to żałuję, że są one tak krótkie… Ale może dostaniemy coś historycznego, powiedzmy na 500 stron. Pani Korol jest miłośniczką historii, więc jestem pewna, że powieść z zachowaniem oryginalnych wydarzeń byłby, wspinała.

Jeśli chcecie przeczytać coś intrygującego, a jednocześnie zachowanego w mroku wielkiego zamku, to koniec zimy, jest idealnym momentem na sięgnięcie po Zamczysko i poznanie sekretów jego komnat.

Książkę do receznji otrzymałam dzieki Uprzejmości Autorki


 

czwartek, 5 grudnia 2024

Tajemnica żółtego płaszcza




„- Nie jestem mordercą - zaprotestował

- Nikt nie jest dopóki nie popełni pierwszej zbrodni”.

Umberto Eco





Ostatnio trochę porzuciłam swoje ukochane kryminały i thrillery na rzecz innych gatunków, ale wracam do nich z utęsknieniem. Powrót mnie nie rozczarował, ponieważ Wydawnictwo LeTra, jak zawsze daje mi, to czego potrzebuję zagadkę, tajemnicę, niebanalnych bohaterów i zwroty akcji.

Tym razem totalnie przepadłam w Grzebielcu Pana Fredrika Wintera, żałując, że ta pozycja nie ma więcej stron i tak szybko ją skończyłam. Ach, co to była za fabuła. Jestem zachwycona i przyznam, że chętnie przeczytałabym coś jeszcze w tym stylu. Żółty płaszczyk na okładce przypomina mi małego bohatera z książki To Pana Kinga, a to jest, najlepsza zapowiedz tego, że będzie się działo.

W fabule mamy seryjnego mordercę, który zabija tylko w nocy z 5 na 6 listopada, niczym jak Michael Meyers z serii Halloween. Podkopując się do domów swych ofiar, wciąga je pod ziemię. Zbrodnie nie są rozwiązane, nasza główna bohaterka otrzymuje przesyłkę, tajemniczy rękopis zatytułowany Ja jestem Grzebielec. Wszystko wskazuje na to, że to wyznania mordercy. Wydawca, dla którego pracuje kobiet, decyduje się wydać biografię i tak zaczyna się walka o przetrwanie… Kim jest Grzebielec i czy faktycznie książka należy do niego, doczytajcie sami.

Ta publikacja łączy w sobie wiele wątków i zdarzeń, które już miały miejsce w horrorach. Przyznam, że właśnie to, jest dla mnie najlepsze. To tak, jakby jeść swoje ulubione lody z mnóstwem dodatków. Książka mimo gatunku nie jest brutalna to raczej zagadka psychologiczna, w której nic nie jest takim, jakim się wydaje. Nie mam pojęcia, czy Pisarz napisał coś więcej, ale mam nadzieję, że tak i się do tego dokopię. Powieść tę połknęłam w dwa dni, uważam, że jest świetna, na zakończenie roku w sezonie thriller😊 W ogóle wydaje mi się, że Wydawca ostatnio ma w swej ofercie coraz więcej naprawdę świetnych pozycji, rozkręca się. Plusem pozycji, jest również to, że Autor poświęca dużo miejsca opisom i wątkom pobocznym, bardzo działa tym na wyobraźnię. Na koniec oczywiście maiłam problem, bo okazało się, że to wszystko nie było tak, jak ja myślałam, marny byłby ze mnie policjant, ale muszę przyznać, że napięcie trzyma do ostatniej strony. Lubię także, mocno rozbudowane wątki psychologiczne postaci i tutaj również to znajdziemy. Na szczęście nasza bohaterka nie jest nudna, ma swoje zdanie i twardo stąpa po Ziemi, a to w książkach rzadkość. Jeśli chcecie jeszcze przed końcem roku przeczytać dobry thriller, to z pewnością Grzebielec, jest taką publikacją. Książka, jest również dostępna w formie e-booka.

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa LeTra

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Bolszewicy po raz kolejny



„Wszystkie śmiertelne kobiety , bez wyjątku, są najbardziej nieprzewidywalnymi, nieobliczalnymi, szalonymi stworzeniami, jakie kiedykolwiek chodziły po ziemi”.

Alexandra Ivy





Kiedyś, poza książkami dokumentalnymi, biografiami, czy pozycjami historycznymi raczej nie czytałam nic, czego fabuła dzieje się w Rosji. Nie wynika, to z tego, że mam coś do tego kraju, bardzo lubię rosyjską literaturę Tołstoja zwłaszcza. Chodzi o to, że unikałam polskich książek, których Autorzy umieszczają akcję w tym kraju.

Z jakiegoś powodu wielu Pisarzy demonizuje Rosję, jako kraj w swych pozycjach, a przecież ma ona wiele naprawdę wspaniałych zabytków nie tylko sztuki, czy architektury, ale także wspaniale rozwiniętą kulturę, weźmy, chociażby rosyjski balet. Z tego też powodu, w pierwszej kolejności sięgnęłam po drugą pozycję Pana Horwatha, czyli Dziewczyna z Konstancina, a Lisicę zachowałam na później.

Lisicy faktycznie także mamy tę zdemonizowaną, złą Rosję. Bolszewików, rewolucję, rozruchy etc. Pod tym względem, jednak chyba wszystkie polskie publikacje są na jedno kopyto. Ta zła Rosja i wspaniała Polska. Muszę sprawdzić, czy kraje skrzywdzone przez Marszałka Piłsudskiego, wydają jakieś książki, które ciągle w każdej nawet romantycznej, czy obyczajowej publikacji robią z Polaków potworów. Ten wątek, akurat mi nie podszedł.

W powieści Pana Howartha mamy Hankę, której ojciec zostaje skatowany przez robotników podczas rewolucji. Przywódcy, który jest bolszewikiem, to nie wystarcza i postanawia on prześladować również naszą bohaterkę. Dziewczyna po wybuchu rewolucji musi się ewakuować z kraju, podczas ucieczki wpada na trop niebezpiecznego spisku, w międzyczasie bierze udział w udaremnieniu zamachu na pochód pierwszomajowy w Marsylii… Po drodze ma jeszcze wiele przygód, oraz ciekawych znajomości, co faktycznie sprawia, że fabuła książki jest wartka i nie nudzi czytelnika.

Faktycznie intryga, tajemnica, ciekawi bohaterowie, to wszystko sprawia, że przez tę pozycję się płynie. Przeszkadzało mi tylko, to, że powieści, które wplątują bohaterów w polityczne problemy Rosji, jest tak wiele, że nie dostarczają one nic nowego poza właśnie ciągłym tylko powtarzaniem, jacy to Rosjanie nie są źli, a my pokrzywdzeni. Bywa, to męczące. Dlaczego np. Autor nie umieścił bohaterki w Ameryce lat 20 kiedy, to rządził Ku Klux Klan… To by była ciekawa historia.

Stanowczo, bardziej podobała mi się Dziewczyna z KonstancinaLisica, to nie mój klimat. Na rynku wydawniczym, jest tyle polskich książek pisanych w duchu cierpienia podczas prześladowania bolszewickiego, że czytanie czegoś podobnego po raz kolejny, już nie jest atrakcyjne. To, jest trochę jak z książkami w stylu holoporno, gdzie dwoje ludzi poznaje się w niemieckim obozie koncentracyjnym i są tacy szczęśliwi, całkiem niedawno był wysyp na tego typu publikacje, które nie dość, że zakłamują rzeczywistość, to wprowadzaj czytelnika w błąd, umniejszając tamtym tragediom.

Bardzo bym chciała, aby kolejna książka Pisarza, która być może będzie zawierała rys historyczny, dotyczyła historii innego kraju, takiej mniej opowiedzianej np. apartheid, obozy koncentracyjne w Chinach, czy konflikt o ropę w delcie Nigru.

Lisica totalnie nie w moim guście, natomiast spodoba się czytelnikom, którzy lubią czytać o walce z bolszewicką Rosją. Trzeba tutaj uczciwie, jednak napisać, że kreacja bohaterów, ciąg zdarzeń w fabule, pomysł na zwroty akcji, to jest coś, co Panu Horwathowi wychodzi doskonale. Dzięki temu Jego książki nie są jednoznaczne i nudne, co niewątpliwie w świecie pisarskim jest plusem. Czekam na kolejną powieść Autora, polecając obie Jego powieści mimo tego, że Lisica, to dla mnie książka, do której nie wrócę.

Książkę do recenzji otrzymałam dzięki Uprzejmości Autora


 

Sąsiedzi i rozliczenie

      „Wołyń przypomina, jak szybko sąsiedztwo może zostać zniszczone przez nacjonalizm, strach i pogardę wobec drugiego człowieka.”        ...